Skąd się wziąłem?

Kilka (tysięcy) słów nowego proboszcza o sobie

25 czerwca 2021

Na początek

Pragnę na wstępie powitać wszystkich Parafian, z którymi teraz będę się spotykał, bo zostałem w naszej parafii proboszczem. Czasem wierni zastanawiają się, kto przyjdzie do parafii, fajny nie fajny, młody, czy stary, przystojny, czy brzydki, gruby czy chudy, łysy czy kudłaty, duży czy mały, jaki będzie ten ksiądz? Wydaje się jednak, że każdy ksiądz, bez względu na to jaki jest i przychodzący do tej czy innej wspólnoty, przychodzi tu dlatego, bo Pan Bóg go tutaj, właśnie tutaj – nie gdzie indziej potrzebuje. Tak też powiedziałem opuszczając parafię św. Brygidy w gdańskim śródmieściu. Było fajnie i trochę żal odchodzić, ale widocznie Pan Bóg mnie gdzie indziej potrzebuje. A potrzebuje mnie gdzie!? Właśnie w Wejherowie. O dziwo! Dlatego jeszcze raz serdecznie witam wszystkich naszych wiernych i cieszę się, że wspólnie będziemy pchać sprawę Zbawienia do przodu. My starajmy się najlepiej a Pan Bóg zrobi swoje.

"Księża", bo z księżyca?

Jedną z najbardziej interesujących wiernych spraw jest to, jak to się dzieje, że ktoś zostaje księdzem! Wielu mówi, że księżom się tak dobrze powodzi, ale mimo to, niewielu się pcha na ten tak zwany łatwy chleb! Tak jest, bo w rzeczywistości niemożliwe jest zostać księdzem, jak się nie zostało obdarzonym powołaniem! Powołanie bowiem jest dotykiem Boga, który sprawia, że moje serce nie wyobraża sobie bycia szczęśliwym w inny sposób, jak tylko w ten, by zostać księdzem. A Pan Bóg powołuje sobie najbardziej rozmaitych ludzi. Zresztą na pewno o tym wiemy, bo jak patrzymy na kapłanów, którzy byli w naszej parafii, którzy są i którzy jeszcze będą, to każdy do siebie nie podobny – inny. Jak już napisałem wyżej: jeden szybki, jeden wolny, jeden śpiewa, drugi fałszuje, jeden czyta, drugi mówi. A więc niesamowite bogactwo i okazja do wielu uśmiechów!

Dylematy małego Andrzejka

Jaka była moja droga do kapłaństwa? I cóż tu pisać! Moja droga do kapłaństwa była prosta jak autostrada A1 i tak samo krótka. Bowiem nie było tam jakichś wielkich nawróceń, załamań czy też zmian decyzji. Od dziecka lubiłem chodzić do kościoła, pewnie dlatego, że zawsze uczęszczaliśmy z braćmi i na religię i do kościoła. Nadmienię, że mam dwóch braci, starych kawalerów, jeden jest starszy o 3 lata a drugi o 5 minut. Tak – to jest mój brat bliźniak! Chociaż troszkę niepodobny jak na bliźniaka, blondyn, niebieskie oczy, a wiec prawie mój negatyw, czy raczej pozytyw. Jako chłopiec zastanawiało mnie dlaczego ksiądz odprawiając Mszę mówi raz jedne słowa, a innym razem inne słowa. Dopiero potem w Seminarium dowiedziałem się, że to były inne modlitwy eucharystyczne. Raz ksiądz przed przeistoczeniem mówił: przez Chrystusa prosimy Cię, wszechmogący Boże…. I potem uświęć te dary… (II Modlitwa Eucharystyczna), a raz mówił ...który nam nakazał spełniać to misterium (III Modlitwa Eucharystyczna). Oczywiście to nie jest może tak dokładnie jak w Mszale, ale dziwiło mnie to. Może mi ktoś nie uwierzy, ale tak było! Druga sprawa, która mnie dziwiła za młodu to sprawa Baranka Bożego. Otóż ksiądz brał do ręki, teraz wiem, przełamaną hostię i mówi: Oto Baranek Boży…. Ja najczęściej patrzyłem na uniesioną rękę księdza i myślałem sobie, jak to może być baranek, przecież baranek taki mały nie mógłby być! I co najgorsze, nikt nie rozwiał mych wątpliwości. Z czasem jednak ustąpiły.

Ręcznik, dziura w kocu i dramat Nowaków

Następna sprawa, która budziła moje żywe zainteresowanie, to sprawa strojów księdza i ministrantów. Ciekawiło mnie dlaczego noszą takie stroje! W sumie w Seminarium poznałem już tę kwestię, jeżeli chodzi o ornat księżowski, ale sprawa kołnierza i rewerendy ministranckiej pozostała zagadką do dzisiaj. Dodam, że rewerenda to taka szata na wzór sutanny księdza tylko najczęściej wyglądająca jak spódnica to znaczy na gumce i od pasa do kostek! W ten sposób nawet ministrant ubrany nie do końca odpowiednio do Mszy świętej niejako ukrywał to gorsze ubranie i prezentował się całkiem, całkiem. Można to nazwać też „okryj bieda”, bo rzeczywiście ukrywała czasem krótkie spodnie ministranta, czasem jego brudne nogi, czasem po prostu dziury w spodniach itd. Z uwagi jednak na podobieństwo do spódnicy kobiecej ministranci niechętnie je ubierali i w niektórych parafiach już ich nie ma. Ale wracając do tematu. Podobały mi się te kołnierze, które zakładali ministranci i byłem pewien, że robi się je z ręczników, bo w domu zakładałem ręcznik na plecy i wyglądał jak taki właśnie kołnierz. Był tylko w jednym kolorze, a ręczniki były w paski! Ciekawe jest to, że mimo tego zainteresowania strojem ministranckim nigdy nie byłem ani ministrantem, ani lektorem. Ale kołnierz to nie wszystko. Ornat, który ubierał kapłan był jakiś inny i nie przypominał kołnierza! W domu zarzucałem sobie koc na plecy i nawet był podobny. Miałem też taki ulubiony koc, który miał jednak dziurę na środku i przez tę dziurę próbowałem zmieścić głowę. Niestety nie udało się. A bałem się powiększać tę dziurę, bo myślałem, że dostanę w skórę od mamy. Poprzestałem na zakładaniu na plecy. Wówczas podnosiłem ręce do góry i śpiewałem przed oknem: „Przez Chrystusa, z Chrystusem i w Chrystusie..., a potem „Ojcze nasz...” Nie taiłem tego przed nikim, że chcę zostać księdzem! W czwartej klasie szkoły podstawowej mówiłem wszystkim, że zostanę papieżem…. Moja nauczycielka od matematyki mówiła: „Przejdzie mu...” Zresztą jak zostałem księdzem ta sama nauczycielka podzieliła się swoim zmartwieniem z moją sąsiadką: „Słyszeliście jaki dramat u Nowaków, tan najmłodszy został księdzem”. No i tym dramatem dotąd żyje!! W każdym razie papieżem nie zostałem, a wielu moich kolegów z roku jest już wykładowcami w Seminarium. Niektórzy są proboszczami, jeszcze inni kanonikami i prałatami, a ja dotychczas byłem wikarym.

Ważne momenty i osoby

Droga mojego życia była wytyczona – osiem lat podstawówki, cztery lata ogólniaka, sześć lat seminarium i będę księdzem. Proste, udało się. Przygotowanie do Sakramentu Bierzmowania to też był ważny etap. Wówczas przygotowujący mnie ksiądz Krzysztof Niedałtowski zadał nam napisanie takiej pracy: Kim jest dla mnie Jezus Chrystus? Jedną katechezę poświęcił na lekturę książki wydanej pod takim samym tytułem. Przeczytał kilka wypowiedzi ludzi. To dla mnie stało się inspiracją, by zacząć czytać Pismo Święte. Miałem po ciotce odziedziczony kieszonkowy Nowy Testament w przekładzie księdza Wujka (z 1938 roku). Wówczas przeczytałem cały Nowy Testament. Zastanawiałem się czytając Ewangelie: Kim jest dla mnie Jezus Chrystus?. W pracy tej zawarłem moje przemyślenia na ten temat. Czasem czytałem sobie wieczorem jakiś fragment Ewangelii i rozmyślałem o nim. Inny razem wstawałem w nocy i zapisywałem swoje przemyślenia. To był piękny czas. Właściwie w mojej wierze liczyły się Msza święta i Pismo Święte. Od przyjęcia Sakramentu Bierzmowania, to jest od ósmej klasy, zacząłem chodzić sobie na Mszę świętą w tygodniu. Najczęściej w poniedziałek, środę i piątek na 7.30 i z kościoła prosto do szkoły, z reguły na 8.00. Miałem swoje miejsce w kościele, na ławce za organami. To był dolny kościół w parafii św. Michała Archanioła w Sopocie. Zdarzało się, że do szkoły przychodziłem z dzwonkiem, albo chwilę po… ale nauczyciele zanim wyszli z pokoju i doszli do klasy, ja już byłem przy drzwiach, sporadycznie się spóźniałem. W trzeciej klasie liceum odkryłem na nowo nabożeństwa majowe i czerwcowe, które pamiętałem z dzieciństwa. Były bardzo przyjemne, jak mówiła moja babcia. Zacząłem w nich uczestniczyć. Również wówczas odkryłem Triduum Paschalne, na które poszedłem pierwszy raz w życiu jak miałem 18 lat. Szok, ktoś powie, ale tak było! Bardzo mnie te nabożeństwa zainteresowały i żałowałem, że wcześniej nie brałem w nich udziału. Mimo wszystko nie chodziłem na Drogą Krzyżową i Gorzkie Żale. Może wydawać się to dziwne, ale na Gorzkich Żalach pierwszy raz byłem w czasie Seminarium… No cóż, każdy ma swoją duchowość. Dla mnie najważniejsze były: Pismo święte i Msza święta. A najbardziej lubiłem zastanawiać się, dlaczego tak jest napisane w Piśmie Świętym, a nie inaczej. Dlaczego? W sumie po latach stwierdzam, że widocznie tak mnie Pan Bóg prowadził!

Co dalej?

W czwartej klasie miałem niezłą przeprawę z nauczycielka matematyki. Zapytała mnie, czy idę na Politechnikę po maturze, więc powiedziałem, że nie. Był rok 1989. Komuna się już waliła, ale jeszcze mocno oddychała. Profesorka zatem pytała dalej: na medycynę, więc mówię: nie! Więc pyta, gdzie? Długa chwila milczenia, a w mojej klasie koledzy wiedzieli, że idę do seminarium (przynajmniej niektórzy) i wydawało mi się, że ta cisza będzie trwała i trwała, bo sam nie wiedziałem, co powiedzieć. I wreszcie profesorka sama mówi: do Seminarium? W sumie to się zastanawiałem, skąd jej to przyszło do głowy? Powiedziałem TAK! Okazało się, że przyjęła to spokojnie. W tym czasie szczególnie zastanawiało mnie, czy rzeczywiście mam zostać księdzem, czy może mi się tak tylko wydaje. Odpowiedź jak zwykle znalazłem w Ewangelii.

Miłość jak jabłko

Jest taka Ewangelia, w której Chrystus pyta Piotra: Czy miłujesz mnie? I Piotr odpowiada dość pewnie: Tak Panie, Ty wiesz, że Cię kocham? Pan Jezus odpowiada: Paś baranki moje. Siedzą dalej i nagle Jezus pyta Piotra: Piotrze, czy kochasz mnie? – jakby zapomniał, że mu to pytanie przed chwilą zadał. Piotr trochę zdziwiony odpowiada: Tak Panie, Ty wiesz, że Cię kocha, jakby chciał dodać: Już mnie o to pytałeś, ale nie dodaje, tylko tak się domyślamy. Siedzą sobie dalej i nagle Chrystus pyta znowu: Piotrze czy miłujesz mnie? i dodaje Ewangelista Jan: i zasmucił się Piotr, że go jeszcze raz zapytał czy miłujesz mnie i mówi Panie, Ty wszystko wiesz, Ty wiesz, że Cię kocham! Na to Jezus mu odpowiada: Paś owce moje! Trzy razy Jezus pyta Piotra o to samo! Zastanawiałem się: dlaczego? I znalazłem taką odpowiedź, w odniesieniu do powołania kapłańskiego. Można to porównać z taką sytuacją, gdy ktoś daje drugiej osobie jabłko i pyta go: Chcesz to jabłko? No chcę to jabłko wiec odpowiadam: Tak daj mi je. A on pyta jeszcze raz: Zastanów się, czy chcesz to jabłko? Wówczas ja myślę sobie: W co on ze mną gra, przecież powiedziałem, że mam ochotę na to jabłuszko. A jemu odpowiadam: Przecież już mówiłem! A on mnie znowu pyta: Czy na pewno chcesz to jabłko? I wówczas  ja się muszę tak porządnie zastanowić, czy rzeczywiście to jabłko jest moim marzeniem? Kiedy powiem, że tak? Wówczas, gdy spojrzę na tego, który to jabłko mi podaje. Bo rzeczywiście może to jabłko być zepsute, albo nadgryzione od strony przeze mnie niewidzianej, albo jakieś robaczywe… Wezmę je ze względu na tego, kto mi to jabłko podaje. Gdy wiem, że on nie zażartuje sobie ze mnie, gdy wiem, że chce mojego dobra, wówczas skuszę się i wezmę to jabłko, bo będę wiedział, że to jabłko jest i nie ma w tym jakiegoś podstępu. A więc wezmę to jabłko nie ze względu na jabłko, ale ze względu na tego, który mi to jabłko podaje. Dla mnie tym jabłkiem jest powołanie kapłańskie! A tym, który je podaje jest Chrystus. Tylko dlatego je biorę, bo wiem, że to dla mnie najlepsze i wiem, że On nie chce mojego zła i wiem, że będę szczęśliwy! Dlatego właśnie zostałem księdzem. I jestem szczęśliwy w kapłaństwie. Alleluja! Przeszedłem więc w myślach wszystkie te trzy pytania Pana Jezusa od takiego spontanicznego powiedzenia tak, poprzez pewną powściągliwość i wreszcie totalne zaufanie Bogu. I to jest piękne! Szkoda, że niektórzy tego nie pojmują. No trudno, muszą sobie jakoś w życiu radzić. Takie życie!

Po maturze… na Akropol!

W każdym razie matura poszła! Wówczas pojechałem do Seminarium z moim katechetą, zawieźć papiery. Pamiętam tę rozmowę kwalifikacyjną jak dzisiaj. To był ks. Prorektor Czesław Lechocki. Oglądał moje świadectwa, przypatrywał mi się uważnie. Ale jedno co mi utkwiło w pamięci, to to, że miał jakąś taką smętną minę. Potem mi powiedział, że odpowiedź otrzymam listownie. Potem normalne wakacje, a właściwie te najdłuższe i w połowie września zjawiłem się w Seminarium. Zostałem zakwaterowany na tak zwanym Akropolu! Akropol to był strych zaadaptowany do mieszkania i podzielany na pokoje dwu, trzyosobowe, a wcześnie nawet cztero i pięcioosobowe. Było tam tak ciemno, że ledwie widziałem twarze nowych kolegów! I było tam pełno kurzu, a drewniane podłogi skrzypiały niemiłosiernie. Gdy podszedłem do okna okazało się, że jest strasznie nieszczelne, ale widać poprzednicy radzili sobie z tym, bo szczeliny były zapchane… tak, papierem toaletowym. Pierwsza noc upłynęła spokojnie. Łóżko, na którym spałem to takie łóżko szpitalne, metalowe, sprężyny już popękane, więc pod materacem leżały stare, nikomu niepotrzebne drzwi i było dość twardo, ale jak mówiła moja mama – zdrowo! Koszmarem było pierwsze wstawanie, nie z racji wczesnej pory, bo do tej byłem przyzwyczajony, ale dzwonów katedralnych, które wisiały właściwie nad oknami Akropolu. Jak zaczęły bić to myślałem, że nieboszczyka postawią na nogi! Było nas na roku 28. Jeden odszedł po tygodniu. Drugi po miesiącu. To mnie zastanowiło, hm… jak to możliwe, by po tygodniu odejść, czy po miesiącu. Ale może tak sobie myśleli: idę do Seminarium, by zobaczyć, czy to jest to, czy też nie i ostatecznie tydzień im wystarczył, by przekonać się, że nie tędy droga!

Wszystko jakieś takie inne, nie zawsze łatwe

Pierwsze wykłady wydawały mi się wodolejstwem – jakieś nieścisłe, a wszystko takie opisowe. W każdym razie przestawienie się na taki tor myślenia kosztowało mnie prawie rok! W tym roku również uczyłem się być ministrantem… Na rozdaniu świadectw maturalnych z religii mój katecheta powiedział, bym przeczytał czytanie. Było to ogromnie trudne zadanie, jak dla mnie! Miałem przeczytać inwokację listu do Hebrajczyków! Do tej pory pamiętam początek: Wielokrotnie i na różne sposoby przemawiał niegdyś Bóg do ojców przez proroków, a w tych ostatecznych dniach przemówił do nas przez Syna…itd. Chociaż nauczyłem się tego czytania na pamięć to jednak wydukałem je. Wstyd jak nie wiem, ale poszło. Zjadła mnie trema. Patrząc na współczesną wyluzowaną młodzież jest to prawie niezrozumiałe! Następnym takim doświadczeniem było pierwszy raz zaśpiewanie psalmu. Przyszło mi to z największą trudnością. I chociaż ćwiczyłem i usiłowałem to jakoś zaśpiewać, jednak skończyło się tylko na refrenie, to znaczy refren zaśpiewałem a zwrotkę przeczytałem. Potem już było trochę lepiej. Największą wpadką na pierwszym roku seminaryjnej drogi był różaniec w październiku, na który przyszli moi koledzy ze szkoły średniej. No ucieszyłem się, ale gdy ksiądz dał mi mikrofon zapomniałem, którą tajemnicę odmawiamy i zapadła dłuuuga chwila milczenia. W końcu ksiądz mi zaczął podpowiadać, a ja nie potrafiłem go zrozumieć, ale koniec końców wreszcie dotarło do mnie i chociaż byłem sparaliżowany przez strach i wstyd coś tam wyjąkałem i dalej poszło! Po różańcu koledzy dość niewybrednie ze mnie się śmiali. A potem jeszcze wypominali mi to przy każdej okazji! Ci też koledzy tudzież koleżanki postanowili mnie odwiedzić w Seminarium. Jest tam takie pomieszczenie, w którym można zobaczyć się odwiedzającymi. No i przyszli. Siedliśmy i zapadła głęboka cisza… By przełamać lody pytam pierwszego co robisz, no on odpowiada, potem drugie pytanie i trzecie, potem następnego i tak wszystkich przepytałem… i powiedziałem, że muszę iść na wieczorne nabożeństwo. Rozstaliśmy się. Przy następnych okazjach powiedzieli mi, ze czuli się jak na przesłuchaniu, a po przesłuchaniu zostali odprawieni. Śmialiśmy się razem, chociaż powiem szczerze nie wiedziałem jak rozluźnić atmosferę!

Młody Budzik, starszy Budzimierz

Wiele było zaskoczeń na pierwszym roku i w Seminarium otrzymałem nawet ksywkę – Budzik! Śmieszna i na początku mnie denerwowała, ale gdy myślałem nad tą sprawą postanowiłem się z tym pogodzić, bo gdybym zaczął z tym walczyć, tym bardziej pewnie, by do mnie przylgnęła, a tak z czasem ją polubiłem. Skąd się wzięła? W czasie pierwszych rekolekcji we wrześniu 1989 roku, które prowadził nieodżałowany śp. ks. Dutkiewicz, stałem w kolejce do spowiedzi. A ponieważ wcześniej spadł mi na ziemię zegarek i popsuł się, by nie spóźnić się na nabożeństwa nosiłem w kieszeni nakręcany budzik! Ponieważ wcześniej odpadły mu nóżki, upodobnił się do dawnych zegarków, tzw. cebuli, które nosili panowie na przełomie wieku XIX i XX. Stojąc w kolejce do spowiedzi, kolega pyta mnie: Co tu tak głośno tyka?, więc wyjąłem z kieszeni budzik i pokazałem mu. Omal nie wybuchnął śmiechem i z innymi kolegami musieliśmy pospiesznie wyjść w jakieś publiczne miejsce, by nie parsknąć śmiechem w tak zacisznym miejscu! I tak na następne pięć lat wołali na mnie Budzik! Teraz już rzadziej to się zdarza, ale koledzy z roku tak czasem mówią, a żeby brzmiało poważniej mówią Budzimierz!

Widelec, który mógł położyć kres pierwszym duszpasterskim fascynacjom

Przed rozpoczęciem trzeciego roku dostałem sutannę i wówczas już byłem prawie księdzem, ale jak mówią współczesne reklamy: prawie oznacza wielką różnicę. I tak było! Z roku na rok poznawałem co raz to więcej zadań kapłańskich i strasznie mi się podobało ich wypełnianie! Na trzecim roku otrzymałem posługę lektoratu, dzięki, której mogłem święcić pokarmy w Wielką Sobotę. Po czwartym roku otrzymałem posługę akolitatu, która najogólniej upoważnia do rozdawania Komunii świętej To było przeżycie! W czasie wakacji jeździłem na obozy letnie Fundacji Rodzina Nadziei. To były niezapomniane przeżycia! Pierwszy obóz, to był obóz w Bieszczadach! Miałem tam przygotować taki program duchowy na każdy dzień, ale powiem szczerze, wypadło to dość licho. Dodajmy, że Fundacja Rodzina Nadziei zajmowała się dziećmi i młodzieżą z trudnych środowisk, i rzeczywiście było trudno! Jeden gościu, który nazywany był potocznie Widelec, a którego gnałem w góry niemiłosiernie, w drodze na Czoło – jeden ze szczytów Bieszczad – pogroził mi, że naśle na mnie swego brata, który teraz siedzi w więzieniu. Wówczas miałem trochę więcej włosów i stanęły mi wszystkie na baczność ze strachu. Ale udałem, że nie zrobiło to na mnie wrażenia i dalej pognałem ich w góry! Codziennie zmagaliśmy się, by poszli chociaż na małą górkę i to było bardzo trudne! W każdym razie przeżyłem, no i jakoś w miskę od Widelcowatego brata nie dostałem! Następne lata to wyjazdy do Stężycy do jednego ośrodka, do którego przyjeżdżały dzieci z polskiego sierocińca w Podbrodziu na Wileńszczyźnie i z litewskiego domu dla osób niepełnosprawnych intelektualnie, również z Podbrodzia. To było dla mnie prawdziwe wyzwanie! Ksiądz mnie tam zawiózł i mówi No to zajmij się nimi! A ja nic nie umiem. I tak zaczęliśmy jakoś siebie się uczyć! Na Mszach prowadziłem śpiew i stwierdziłem, że muszę się nauczyć brzdękać na gitarze, by jakoś lepiej to wyglądało. Następnego roku już coś tam brzdękałem i do dzisiaj tak tylko brzdękam, niestety!

Prawie na pewno ksiądz

Przyszedł wreszcie rok 1994 i 25 czerwca otrzymałem święcenia diakonatu! Odtąd byłem już prawie na pewno księdzem! Praktykę diakońską odbywałem w kościele Matki Bożej Nieustającej Pomocy w Pruszczu Gdańskim. Tam stawiałem pierwsze kroki w szkole – i podstawowej, i średniej! Tam też spotkałem śp. Księdza prałata Józefa Waląga, który historią swojego życia mógłby podzielić się z wieloma ludźmi. Został wyświęcony wraz z kolegami w 1933 we Lwowie. Było ich około 50, a w 1995 roku żyło ich tylko dwóch. Jeden we Wrocławiu, drugi on. I chociaż był już w bardzo podeszłym wieku podziwiałem go, jak bardzo od siebie wymagał. Jak miał Mszę św. o 6.30 rano już o 6.00 otwierał kościół i siadał do konfesjonału. Potem odprawiał Mszę, zawsze bardzo starannie. To mi się podobało!

 5… 4… 3… 2… 1… ?

27 maja 1995 roku, otrzymałem święcenia kapłańskie i pierwszy dekret na wikarego w parafii św. Andrzeja Boboli w Gdyni Obłużu. Tam byłem 11 lat! W 2006 roku zostałem wikariuszem w parafii Najświętszej Maryi Panny Królowej Różańca świętego na Przymorzu, a i od 1 lipca 2011 roku byłem w Bożej Opatrzności na Zaspie. Bardzo miło wspominam tamte parafie, ludzi i szkoły. Na Obłużu spotkałem się ze Wspólnota „Wiara i Światło”, która skupia osoby niepełnosprawne, ich rodziny. Potem w Gdańsku przejąłem opiekę nad Wspólnotą Gdańską „Oliwki” i „Radosne Serca”. Do dzisiaj jestem kapelanem tych Wspólnot. W 2015 roku zostałem przeniesiony do parafii św. brata Alberta w Kokoszkach i do Szkoły Pozytywnej. To było dość ciekawe doświadczenie i wiele mnie nauczyło. Po trzech latach pobytu w Kokoszkach zostałem wikariuszem parafii Matki Bożej Bolesnej w Gdańsku, a po kolejnych dwóch parafii św. Brygidy. Wówczas powiedziałem, że pewnie w „Brygidzie” będę rok!!! Bo 5 lat byłem w „Okrąglaku”, 4 lata w „Opatrzności Bożej”, 3 lata w Kokoszkach, 2 lata w „Bolesnej”  to tylko rok w „Brygidzie”. I rzeczywiście tak się stało. Wszystkie parafie miło wspominam i wiele mnie nauczyły. Teraz nowy Rozdział w Królowej Polski w Wejherowie.  Trochę mam tremę… no, ale z Bożą pomocą… damy radę… mam nadzieję… bo w końcu niech się dzieje wola nieba, z nią się zawsze zgodzić trzeba.

 

Pozostałe aktualności


Rozważania o życiu

» więcej

Śmierć, której ludzie się boją, to jest odłączenie duszy od ciała, natomiast śmierć, której ludzie się nie boją, a bać powinni, to jest odłączenie od Boga.

Augustyn z Hippony

Ciekawostki o parafii

Poznaj obecne i historyczne fakty


Używamy plików cookies Ta witryna korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności i plików Cookies .
Korzystanie z niniejszej witryny internetowej bez zmiany ustawień jest równoznaczne ze zgodą użytkownika na stosowanie plików Cookies. Zrozumiałem i akceptuję.
169 0.097408056259155